wtorek, 16 stycznia 2018

II.XXI

W rezydencji od razu Bethanie zaprowadziła mnie do gabinetu i wyciągnęła apteczkę oraz igłę z nitką. Polała mi ranę alkoholem i pensetą zaczęła wyciągać mi nabój z brzucha.
- Nie ruszaj się teraz, generale, bo mogę cię podrażnić - oznajmiła.
- Chciałbym ją zobaczyć...
- Rozumiem to, ale proszę cię abyś skupił się na ranie.
Wyciągnęła mi delikatnie kulkę, znowu przetarła ranę i zdezynfekowała igłę. Po chwili wbiła mi delikatnie igłę w skórę i przeciągnęła przez ranę. Te pociągnięcia zrobiła pare razy, bardzo delikatnie.
- Dlaczego unieważniliście ślub? - zapytała niepewnie.
- Zdradzała mnie.. to przede wszystkim. Jak się później okazało, zrobiła to z Ethanem i dziecko jest jego. Poza tym nie mogłem więcej się dręczyć przy niej. Musiałem się powstrzymywać przy Vellian, chociaż nie dawałem rady.
Skinęła głową i opatrzyła mi ranę do końca. Odeszła ode mnie i wszystkie przyrządy schowała do teczki. Zapiąłem koszulę i wyszedłem z gabinetu. Alice stała przed nim i tylko patrzyła na mnie z iskrami w oczach. Miałem się przejąć tym, co uknuła przeciwko mnie? Nie obchodziło mnie już to, że Ethan oszukał i ją. Spuściłem z niej wzrok i zszedłem do celi. Minąłem grube, zimne mury. Schodziłem schodami w głąb podziemia, aby dostać się do niego. Jedyne, co chciałem zrobić to egzekucja na nim. Byłbym wtedy jak mój ojciec. Niestety niedaleko padał jabłko od jabłoni. Miałem część okrucieństwa w sobie. Każdy zapomniał dotąd jak było w Labie, kiedy tutaj żyje się wspaniale. Większość uważa naszą walkę za wygraną, ale ile tak naprawdę ludzi musiało zostać zabitych, ile psychik złamanych aby dojść do tego wszystkiego. Każda minuta co prawda oddala nas od myśli o tym, co było kiedyś. Co zdarzyło się za rządów Terry. Kiedy jeszcze byłem z Violet. Teraz nikt o tym nie myśli, ale dla mnie to jest dalej cios prosto w plecy. Podwinąłem rękawy, aby ich nie pobrudzić i wszedłem od razu do celi, gdzie był on. Spojrzał na mnie i wydał z siebie przeraźliwy śmiech. Schyliłem się do jego poziomu i podniosłem brodę, aby spojrzał mi prosto w oczy.
- Wiedziałem, że jesteś dokładnie jak Fabian - oznajmił śmiejąc się.
Puściłem mu twarz i odsunąłem się od niego. Splotłem ręce, aby się przeciągnąć i przygotować je do pracy. Nie czułem nawet potrzeby oszczędzania go, nie czułem nic. Podszedłem znowu, tym razem wymierzając cios prosto w policzek. Po chwili zawołałem służącą, aby podała mi narzędzia. Przyuważyłem złoty kastet należący kiedyś do mego ojca i założyłem go na ręce. Delikatnie, gładko wsunęły się na palce, niczym zrobiona na zamówienie. Podszedłem jeszcze raz i wymierzyłem cios z drugiej strony.
- Nic ci to nie da! - krzyknął plując krwią na moje buty.
Schyliłem się i podniosłem znów jego głowę.
- Wstrzyknąłem jej płyn, który wymarzę jej z pamięci wszystko, kim była - zaśmiał się.
- Chyba, że jest odporna - oznajmiłem.
- Wątpię w to!
- Jest wybraną, Ethanie - uśmiechnąłem się delikatnie i szarpnąłem jego głową.
Wstałem i bez chwili zawahania wydałem cios prosto z buta w jego twarz. Padł na nią, a z jego nozdrzy zaczęła wydobywać się krew.
- Skujcie go - oznajmiłem. - Jutro znów się pojawię.
Wyszedłem z celi zostawiając kastet i inne narzędzia służącej. Powoli zacząłem wchodzić po schodach, przy okazji rozmyślając o tym, co powiedział Ethan. Gdyby naprawdę zapomniała wszystkiego, mógłbym zacząć od nowa. Od nowa ze wszystkim i nie popełnić drugi raz tego samego błędu. Vellian mogłaby odzyskać życie, nowe życie. Wszedłem na górę i poczułem ręce splecione na moim karku. W moich uszach przewijał się szept kobiecych ust, które prosiły, abym oszczędził Ethana. Nie było nawet takiej opcji. Nie za to, że sprzeciwił się mnie i całemu prawu, jako żołnierz. Odsunąłem ją od siebie.  Wiedziałem doskonale, że to Alice. Nim zdążyłem wejść na pierwszy schodek, zaczęła krzyczeć jak opętana.
- Zabierzcie ją stąd - skinąłem palcem na nią do straży.
Zrobiłem pierwszy ruch i udałem się do pokoju, gdzie się znajdowała Vellian. Delikatnie uchyliłem drzwi i spojrzałem na nią. Wyglądała pięknie. Ręce miała splecione na brzuchu, obojczyki odsunięte i wyeksponowane. Włosy opadały jej na poduszkę, a ona wyglądała na spokojną. Zamknięte oczy, delikatnie różowa skóra. Cała blada.. Jakby miała umrzeć. Dotknąłem jej policzka, a ona otworzyła oczy. Pierwsze, o co zapytała:
- Gdzie ja jestem?
Patrzyła na mnie jak na nieznajomego.