wtorek, 5 listopada 2019

II.XXV

Poszłam do swojego pokoju i rozpuściłam swoje związane włosy. Podeszłam do lustra i spojrzałam na swoją twarz. Od kiedy mam tyle blizn, niechętnie spoglądam na swoje ciało. Wzięłam płatek i przejechałam nim po całej mojej twarzy, a potem zanurzyłam twarz w wodzie. Usłyszałam pukanie do drzwi i wymierzyłam się najszybciej jak się dało. Spojrzałam na siebie jeszcze raz i odgarniając włosy z twarzy wybiegłam z łazienki prosto do drzwi. Tam stał Damen. Spojrzałam na niego z uśmiechem, stojąc w ciszy.
- Jesteś pewna? - zapytał raz jeszcze z zaniepokojeniem. Ale to nie miało znaczenia, bo chciałam być z nim. Tej nocy, następnej i każdego ranka. Cały czas. Złapałam go za rękę i pociągnęłam na drugą stronę drzwi. Nie zastanawiając się ani minuty, sięgnęłam jego ust i wtuliłam się w niego, jak jeszcze w nikogo innego. Chciałam, żeby ta chwila trwała jak najdłużej. Odsunęłam się od niego łapiąc go za rękę i ciągnąc ku łóżku. Spojrzałam na niego pewnym wzrokiem i pocałowałam go jeszcze raz. Położyliśmy się obok siebie otulając nasze ciała pierzem. Uśmiechnęłam się i zamknęłam oczy ciesząc się, że Damen rozumie, że nie chcę się spieszyć. Utulił mnie swoimi wielkimi ramionami i odpłynęłam w błogi sen.
Obudził nas paniczny krzyk ludzi i smród dostający się do mojego pokoju. Zrobiło się niepokojąco gorąco.
- Rezydencja się pali! - krzyczeli.
Zdezorientowani zbiegliśmy na dół i Damen wszczął alarm. Każdy kierował się ku wyjściom, a paru ochotników zebrało się, aby rezydencje ratować. Zebrałam również ochotników, którzy eskortowali przerażonych ludzi i dzieci. Jednak w rezydencji żyło naprawdę dużo osób, które ciężej dało się ogarnąć. Wyszłam na zewnątrz i patrzyłam, jak przyszłe dziedzictwo płonie. Po wojnie z wiosek nie zostało prawie nic, a rezydencja była jedynym źródłem schronienia w tamtych rejonach. Nie wiedzieliśmy, co kryje się na południu kraju, daleko od plemion, daleko od znanych nam kolonii. Nie wyobrażaliśmy sobie, że musielibyśmy zrezygnować z tego miejsca.
Ogień się rozprzestrzeniał coraz bardziej, wił się do góry niczym kobra, która czeka na swoją ofiarę. Lada moment budynek mógł runąć, a mężczyźni nieudolnie próbowali go ocalić. Nie mieliśmy dostatecznej ilości wody, aby czymkolwiek manewrować, ani rąk do pracy. Niektóre kobiety latały do rzeki z wiadrami, aby pomóc reszcie. Zorganizowaliśmy sznur, którym przenosiliśmy większe ilości wody tylko po to, aby ocalić chociaż część rezydencji. Jednak ogień dalej się tlił i nie przestawał chociaż na moment obejmować reszty budynku.
Wszystkie nasze plany i marzenia płonęły i wiedzieliśmy, że nie zdołamy nic z tym zrobić. Próbowaliśmy jeszcze, na marne, gasić pożar.

***

Po paru godzinach mogliśmy patrzeć na zwęgloną konstrukcje naszego domu. Każdy był zrozpaczony i nic nie mogliśmy z tym zrobić, byliśmy bezradni. Spojrzałam wgłąb lasu i zobaczyłam tam dziewczynę. Zaniepokoiła mnie jej obecność, więc wzięłam kawałek sznura i pobiegłam w jej stronę. Zgubiłam się po paru chwilach w lesie.
I w jednej chwili usłyszałam łamiące się gałęzie.
Ktoś stał tuż za mną.
Ona.
Odwróciłam się spokojnie, podnosząc moje ręce do góry. Dziewczyna mierzyła do mnie z karabinu. Na pierwszy rzut oka wiedziała, co robić. Chociaż nie wyglądała na osobę przynależącą do jakichkolwiek sił zbrojnych. 
Starałam się uspokoić oddech, patrząc prosto w jej oczy, które przeszywały mnie swoją zielenią. Ten kolor wyglądał nienaturalnie przy praktycznie kruczo czarnych włosach, opadających bezwładnie na jej ramiona. 
- Kim jesteś? - zapytałam cicho.
Spojrzała na mnie spuszczając powolnie broń. 
- A ty? 
- Nazywam się Vellian - przełknęłam ślinę. - Vellian Hawke.
Pokręciła głową, opuszczając broń do końca. 
- Ty nie możesz być nią..... 
Opuściłam ręce i zmieszana podeszłam do niej bliżej. Zauważyłam coś w postaci znamienia na jej ramieniu. Dałabym sobie głowę uciąć, że widziałam gdzieś ten znak.
W listach.
Wykorzystałam chwilę nieuwagi i powaliłam ją na ziemię, rozbrajając ją. Przycisnęłam butem i wymierzyłam karabinem w głowę.
- Kim ty jesteś? - krzyknęłam donośnym głosem.
- To ja jestem Vellian Hawke.. Jedna z dwóch spadkobierczyń tego nazwiska ... 
Odsunęłam się najszybciej jak mogłam. 
- To nie może być prawda.
- Jeśli twierdzisz, że ty nosisz to imię - wstała, otrzepując się z piachu. - To najwidoczniej ciebie szukałam, siostro..

piątek, 1 lutego 2019

II.XXIV

Parę dni minęło, nim ochłonęłam po zdarzeniach, które miały miejsce. W jednym momencie przypomniałam sobie tyle istotnych rzeczy, że aż żal mnie ściskał patrząc na to, jak traktowałam Damena. On był jednym z tych osób, które uratowały mi życie i nigdy się ode mnie nie odwróciły. To było coś, bo każdy się ode mnie odwracał. Nie ważne, co robiłam - kim byłam. Siedziałam nad brzegiem rzeki i zsunęłam nogi w rwący potok. Woda była tak zimna, że w jednej chwili ciarki przeszyły całą moją skórę. Zsunęłam nogi jeszcze niżej, aby ulec porywowi. Wsłuchiwałam się w strumień okalający moje kolana, jakby tworzyły przeszkodę. Rozglądnęłam się dookoła i zanurzyłam się po sam czubek głowy, aby otrzeźwić swoje myśli. Wynurzywszy się zauważyłam Bethanie biegnącą w moją stronę. Od razu wypłynęłam na brzeg. Przyjaciółka wyglądała niecodziennie, bardziej obco. Ubrana była w przewiewną sukienkę muskającą jej uda, na szyi wisiał jej duży kamień, a włosy niedbale rozpuszczone. Przybiegła w podskokach, uradowana. Przez całą naszą znajomość nie widziałam jej takiej. Promieniała radością, chociaż w tych ciemnych dniach nie było mowy o jakiejkolwiek uciesze. Podbiegłszy  do mnie bliżej przeszyła wzrokiem, jakby gardząc. Po chwili jednak jej twarz złagodniała.
- Witaj, moja przyjaciółko - uśmiechnęła się najszerzej jak tylko potrafiła. Coś mi w niej od początku nie pasowało i wcale nie byłam przekonana, że przybiegła pokojowo.
- Witaj, Bethanie - odparłam szepcząc. - Co cię do mnie sprowadza?
- Odzyskałaś swoje wspomienia? Dużo przeszłaś, muszę powiedzieć. Ostatnie miesiące to jakaś udręka..
Usiadłam przy konarze drzewa wsuwając moje stopy znów w strumień. Beth usiadła obok mnie i zdjąwszy buty zrobiła to samo.
- Ugrh - przeszyły ją ciarki. - Za zimna!
Uśmiechnęłam się nieco wiedząc, że chwilę temu moja reakcja była taka sama.
- Co ci przyszło do głowy kąpać się w potoku późną jesienią? - zapytała.
Spojrzałam na nią niechętnie wychylając wzrok. Jednak moje oczy przeniosły się na kamienie, które otulała woda. Wczułam się w rytm ich stuku. Zatraciłam się coraz głębiej i głębiej, zapominając o otaczającym mnie świecie i pytaniu, które mi zadała. Mogłoby to sugerować odpowiedzi różnego kalibru, niejednoznaczne. Ona niestety musiała ciągnąć rozmowę dalej i pchając mnie do lodowatej wody zwrócić na siebie uwagę.
- Vellian!
Zanurzyłam się w wodzie próbując zmyć strumieniami negatywny nastrój, po czym wynurzyłam się i nie mając chęci wypłynięcia na wierzch, wierzgałam nieudolnie nogami. Spojrzałam raz jeszcze na Bethanie, która straciła swój wcześniejszy humor. Podpłynęłam i jednym ruchem ręki odepchnęłam od siebie strumień, chlapiąc jej sukienkę.
- Odbiło ci?! - wstała rozwścieczona. - Od paru dni próbuję z tobą porozmawiać, a ty zachowujesz się jak psychopatka!
Wypłynęłam na wierzch i ubrałam buty. Stanęłam przed nią nie mogąc wydusić z siebie słów. Moje negatywne wspomnienia i emocje wróciły a raz z nimi chęć zapomnienia i samotności. Faktycznie, od paru dni, odkąd przypomniałam sobie po tylu latach jak znalazłam się u zastępczych rodziców. W żadnych z listów nie było wzmianki o tym, że Damen ryzykował swoje życie w labie, aby mi je zapewnić. Nikt nie wspominał o tym, że on doskonale wiedział, kim byłam.. Bo sam mnie wysłał do innej kolonii. W całkiem nowy świat.
Bethanie podeszła i objąwszy moje zmarznięte ciało szepnęła mi do ucha.
- Pamiętaj, że cokolwiek się stanie, zawsze będziesz moją przyjaciółką.
- A ty moją - odpowiedziałam.
Zdjęła swój płaszcz i obdarowując nim mnie, udałyśmy się do posiadłości. Usiadłyśmy przy kominku i zaparzywszy dzban herbaty ogrzewałyśmy się.
Nie minęła nawet godzina, a Bethanie utulona ciepłem z kominka zasnęła. Zdjęłam z siebie koc i przykryłam ją, po czym udałam się do holu, gdzie natknęłam się na generała Feina.
- Mam ci już mówić majorze? - zaśmiałam się próbując zwrócić jego uwagę. - A może jeszcze ta chwila nie nadeszła?
Oddalił skarbnika dając mu wyraźne polecenia. Zwróciwszy na mnie uwagę opuścił ręce na znak bezradności i oddał mi swój wzrok. Chrząknął i podszedł nieco bliżej, lecz dalej za daleko, aby nasze ciała bądź oddechy się spotkały.
- Mam nadzieję, że będziesz jedyną, która tego nigdy nie powie - odpowiedział surowo.
- Co masz na myśli? - zaniepokojona podeszłam bliżej.
 - Wykonując wielki krok z unieważnieniem mojego małżeństwa z...
- Nie mów jej imienia! - przerwałam mu wzburzona tamtą dziewczyną.
- Alice.. Chciałem pojąc cię za żonę.
- Też myślałam, że tego chcę.. - westchnęłam.
- Ale nie jesteś gotowa i mam tego świadomość - oznajmił. Niestety jego surowość ogarniała moje ciało coraz bardziej przeszywając mnie na wylot. Poczułam chłód niczym podczas kąpieli w strumieniu. - Dlatego czekam, i będę czekał..
Po tych słowach oddalił się do swojego gabinetu, jakby jego słowa nic nie znaczyły. A ja słyszałam tylko głuchą ciszę, która zaczęła mi od pewnego czasu doskwierać. Za dużo czasu spędziłam sama w swoich czterech ścianach, myśląc że walczę a nie robiąc nic. Moja psychika i wspomnienia zostały zaniechane, ale powoli wracają. Nie dziwne, że Damen woli na mnie nie wywierać presji, skoro nie tak dawno nie pamiętałam, że moje serce do niego należy. Przez całe moje życie próbował mnie uchronić przed czymś, co mnie w ostatnich latach z nim spotkało. Wolał mnie odtrącać, wiedząc, że to spowoduje mniej bólu niż bycie razem. A ja wywołałam rebelię przeciwko niemu. Z moich oczu wypłynęły duże krople, które tamowałam od dłuższego czasu, ale nie mogę więcej się wzbraniać. Ból mnie otacza, a strumień daje chwilową ulgę. Jednak muszę wykonać większy krok, aby wrócić do dawnej siebie.
Otarłam łzy i podeszłam do gabinetu, w którym siedział on.
Właśnie on.
Zapukałam, lecz nie usłyszałam żadnego jęku wydobywającego się z jego ust.
Zapukałam raz jeszcze.. Nic.
Westchnąwszy oddaliłam się od gabinetu i ruszyłam w stronę schodów, słysząc szelest klamki, którą przydałoby się naoliwić. Zatrzymałam się w połowie słysząc westchnienie Damena. Odwróciłam się gwałtownie i podbiegłam do niego. Patrzyłam mu prosto w oczy zdecydowana na kolejny krok, jak jeszcze nigdy w moim życiu. Jedyną obawę, jaką miałam to czy mnie przyjmie. Czy pozwoli mi na nowo zamieszkać w jego życiu, jako stara ja, a nie bezbronna dziewczyna, która potrzebuje ciągłej opieki. Uniosłam się na palcach i szepnęłam do jego ucha.
- Chciałabym spędzić tę noc z tobą..
Skinął mi głową i z uśmiechem spojrzał mi w oczy.
- Jeśli tego chcesz - odpowiedział.
Z moich oczu popłynęła wielka łza.
- Już nie chcę być tą Vellian, która nie weźmie broni w swoje ręce, która stroni od jakiejkolwiek walki. Chcę być na zawsze tą, którą poznałeś. Uczyń mnie taką na nowo dziś w nocy i w każdej porze następnych dni.

wtorek, 31 lipca 2018

II.XXIII

Cały czas biłam się z myślami, czy powiedzieć Nedii o tym, kto mógłby zabić ojca jej dziecka. Może Ethan nie był osobą godną zaufania i wiedziałam to doskonale w głębi duszy, niestety jednak zawitał w moim sercu. Był przez pewien czas moją podporą, która z dniem mojego upadku złamała się. Skrzywdził mnie i nie byłam w stanie na niego patrzeć. Widok jego twarzy i wzroku przypomniał mi, że miał zamiary robić coś złego. Od razu przypomniało mi się wszystko, co miało związek z tamtym dniem a także z resztą innych dni. Pamiętam, jak uciekałam od miłości do generała Feina, gdzie w konsekwencji posuwałam się do naprawdę niepojętych czynów. Dlatego wybrałam się z Ethanem w podróż. Każdy z nas żałuje swoich decyzji - a przynajmniej tak powinno być. Ja żałuję niektórych swoich, jednak wiem, że one mnie doprowadziły do tego miejsca. Patrzyłam w gwiazdy, chociaż miałam wrażenie, że to dosyć oklepana sprawa. Przestałam już obmyślać słowa dla Nedii, myślałam już bardziej o swoich czynach. Minął rok od wojny, od spotkania generała Feina. Aż rok. Ten cały okres przecież zmienił wszystko i wszystkich - mnie, moją rodzinę. Rok temu nie obchodziło mnie to, co stanie się z moją przyszłością, gdyż miałam ją zapewnioną. Mimo, że moi rodzice zapisywali mnie na coraz to nowsze lekcje sztuk walki, chciałam zawsze być artystką. Chciałam uczęszczać do renomowanej uczelni sztuki, miałam nawet to zapewnione. W liceum radziłam sobie świetnie, chodziłam bez wiedzy rodziców na dodatkowe lekcje sztuki. Po nich wychodziłam z przyjaciółmi i jak to nastolatkowie bawiliśmy się. Często wychodziliśmy na rynek i patrzyliśmy na każdego z przechodniów. Uwielbiałam to, chociaż nie brzmi to fajnie. Obserwowałam ich mimikę twarzy, sposób w który się poruszają, próbowałam odgadnąć co czują albo jakiego są stanu - wynikało to przede wszystkim ze sposobu ubierania się. Każdego dało się rozszyfrować. Od ponad 3 lat chodziłam codziennie z moimi przyjaciółmi "rozszyfrowywać" ludzi. Po roku uczęszczania do liceum poznałam moją wielką, młodzieńczą miłość, którą był Damian Haxtrof. Brunet o ciemnozielonych oczach. Grał w piłkę, ale był również mądry. Często widywałam go, kiedy chodził w moje rejony odbierać swoją siostrę. Wtedy mieliśmy czas porozmawiać, bo w szkole był oblegany przez dziewczyny. Nie dziwiło mnie to. Jednak to szybko minęło - zauroczenie...
Dokładnie gdy pojawił się Fein.
Byłam przecież wtedy w trzeciej klasie liceum, które przed inwazją udało mi się skończyć. Na szczęście. Pamiętam, jak moja przyjaciółka Beth mówiła o nim. Obserwowałam go, chociaż nie powinnam. Nawet pamiętam naszą pierwszą randkę, która jak się okazało była tylko przykrywką do innych celów. To on przypomniał mi o śmierci moich rodziców, chociaż we mnie to tkwiło, tak głęboko. Może to mnie odmieniło? Fakt, że śmierć moich rodziców była nieurojona a ja wraz z innymi zabiłam osobę, która zleciła ich śmierć.
Wstałam od okna i wyszłam z pokoju. Wszędzie były pogaszone światła, a przez szklany sufit wydobywał się blask księżyca w pełni. On oświetlał każde zakamarki dworu. Zeszłam schodek po schodku na dół, delikatnie osuwając stopy po szkle, by nikt mnie nie usłyszał. Stojąc na środku holu zauważyłam, że w gabinecie generała Feina świecą się światła. Zaciekawiona podeszłam tam bliżej i zapukałam.
Usłyszałam szmer krzesła odsuwającego się i ciężkie tupanie o podłogę. Zamek otworzył się wydając tępy dźwięk, a zaraz po nim klamka piszcząc popuściła. Wzięłam głęboki wdech i zamilkłam, gdy Damen otworzył drzwi. Spojrzałam na niego z lekkim przerażeniem, moje serce nie mogło się uspokoić. Biło jak szalone. Może to było z nerwów, ale nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek czuła się w ten sposób przy generale.
- W czymś ci pomóc? - zapytał zachrypniętym głosem.
Otworzył szerzej drzwi i gestem ręki zaprosił mnie do środka. Sekundę po moim wejściu wgłąb generał trzasną drzwiami, aby zagłuszyć tępy pisk.
- Przydałoby się naoliwić zamek? - stwierdziłam wodząc za nim wzrokiem. -  Czy coś się stało?
Jego ciało beztrosko opadło na krzesło, po czym delikatnie jęknął. Zagryzłam delikatnie wargę i wzięłam znowu głęboki wdech - tym razem głębszy. Obserwowałam jego twarz, a dokładniej oczy, które ślepo patrzyły tylko w jeden punkt. Nie wyglądał na zdrowego, a przynajmniej trzeźwego. Spojrzałam dookoła siebie w poszukiwaniu butelki, bądź czegokolwiek procentowego, ale nie mogłam nic zauważyć. Odwróciłam się do Damena i położyłam ręce na biurku.
- Stało się coś? - zapytałam po raz kolejny.
Generał spojrzał na mnie otępiałym wzrokiem i sięgnął po szklankę z wodą. Upił łyka nie odwracając ode mnie wzroku, po czym wyprostował swoją postawę.
- Wszystko jest okej, niestety zmęczenie powoli daje mi się w znaki.
- Ale na pewno? - uniosłam jedną brew niedowierzająco.
Pokiwał mi głową i znów upił łyk z tej samej szklanki. Uśmiechnęłam się delikatnie i wstałam z krzesła. Podeszłam do drzwi, a otwierając je usłyszałam znów odsuwanie krzesła. Damen gwałtownie ruszył do mnie i zamknął drzwi patrząc na mnie. Spojrzałam mu prosto w oczy - wyglądały pięknie w tym świetle.
- Czego ty ode mnie chcesz? - zapytałam.
- Tylko ciebie - odpowiedział bez wahania.
Westchnęłam i odsunęłam go lekko odblokowując sobie drogę do drzwi. Wyszłam z jego gabinetu i pobiegłam na górę do swojego pokoju. Cisza ogarnęła mnie całkowicie, aż nie zdołałam myśleć o czymkolwiek. Tylko spać.

***

Nazajutrz obudził mnie krzyk kobiety dobiegający z holu. Ubrałam byle jakie rzeczy i ruszyłam na dół. Przebiłam się przez tłum gapiów i dotarłam do źródła - Nedia. Uklęknęłam przy niej i przytuliłam mocno do piersi. Ona odwzajemniła.
- Co się stało? - zapytałam.
- Boję się...
- Dlaczego? Przecież jesteś tu bezpieczna..
- Boję się, że oni odbiorą mi dziecko tak jak odebrali mi Kaspara ...
- Kaspar zginął za nas, za nasze lepsze jutro. Pamiętasz?! On to zrobił dla nas.. Nie możesz pozwolić na to, aby jego śmierć poszła na marne. Musisz żyć i dawać przykład swojemu dziecku, które cie potrzebuje. Twoje dziecko będzie cie potrzebować do końca życia! - Moje wszystkie wspomnienia wróciły w oka mgnieniu. Kiedy byłam w Labie i widziałam Damena, gdy Damen przychodził do nas i rozmawiał z moją mamą. Kiedy płakała po nocy i nie chciała mnie przytulić. Gdy kłócili się z ojcem i nie mieli czasu dla mnie. A potem był tylko mój głuchy krzyk w nocy, gdy przychodzili i spali ze mną. Nie trwało to wiecznie, kiedy mama zamknęła mnie w nocy w szafie w swojej sypialni i kazała nie wychodzić. Z ojcem położyli się spać, a ja słyszałam tupanie o drewniane schody. Moje serce zaczęło szaleć ze strachu, ale wykonałam rozkaz. I patrzyłam, kiedy podrzynali gardła moich rodziców i wszędzie lała się krew. Niestety przypomniałam sobie coś, czego nigdy nie chciałam pamiętać. Jeden z mężczyzn podszedł do szafy i uchylił ją lekko patrząc na mnie. Wziął mnie na ręce i wyszedł tylnymi drzwiami. Zawiózł mnie tego samego dnia do innej wioski, do innych osób, mówiąc, że to tylko moja wyobraźnia płata mi figle i nic się nie stało. Po chwili jednak powiedział, że nie pozwoli, aby coś mi się stało. Potem płakałam miesiącami za moimi prawdziwymi rodzicami. Próbowałam sobie wmówić, że to wypadek.. Zwykły wypadek. 
Podniosłam się z podłogi i podbiegłam do Damena najszybciej jak mogłam. Przytuliłam go bardzo mocno.
- Dziękuję - szepnęłam mu do ucha. 

czwartek, 8 lutego 2018

II.XXII

Zabrakło mi tchu, aby powiedzieć cokolwiek. Patrząc na nią nie mogłem o niczym innym myśleć, jak o szczęściu, które mnie ogarnęło. Spoglądała na mnie wsuwając kołdrę pod swoje obojczyki.
- Kim jesteś? - zapytała.
Uśmiechnąłem się i odszedłem. Zgarnąłem szybko lekarkę i oznajmiłem, aby znalazła rozwiązanie na amnezje. Kazałem zlecić wszystkie badania, chociaż możliwe, że nic bym nie wykrył. Beth podeszła do mnie zakłopotana.
- Czy coś się stało? - zapytała.
- Vellian ma amnezję..
Spoglądnąłem w inną stronę. Było to jak kolejny cios w plecy,  kolejna przeszkoda. Tyle lat dążyłem, aby być przy niej. Tyle miesięcy próbowałem dotrzeć. Kiedy już stałem się wolny, znowu musiała stać się jakaś przeszkoda. Nie wiedziałem, czy po prostu przeznaczenie nie pozwala nam na szczęście razem. Wiedziałem, że muszę ją odzyskać.
- Ona ma 18 lat.. Przeszła w życiu naprawdę wiele. Sam dobrze o tym wiesz. Może dla niej ta amnezja to początek nowego życia? - oznajmiła Bethanie.
Spojrzałem na nią i przełknąłem ślinę.
- Masz rację. Najlepiej, jak zapomni o mnie.
Odszedłem na dół do swojego gabinetu. Chciałem udać się tylko w miejsce, gdzie będę sam.

*perspektywa Vellian*

Minęło parę dni odkąd się obudziłam. Niektórzy ludzie wydawali się, jakby mnie znali nawet całe dzieciństwo, a ja tylko potrafiłam zapamiętać twarze. Okropne uczucie i dla mnie i dla nich. Lekarka mówiła, że dostałam amnezji i powinnam otaczać się ludźmi, którzy wiedzą o mnie naprawdę dużo. Dlatego zaczęłam się widywać z Avą i Bethanie - jak się dowiedziałam, moimi przyjaciółmi. Nie raz patrzyło się na mnie paru mężczyzn, ale nie wiedziałam dlaczego. Leżałam na łóżku i rozmyślałam o tym. Na siłę próbowałam sobie przypomnieć. Ale wielka pustka ogarnęła całe moje myśli. Jeden wdech, drugi. Vellian. przypomnij sobie! Kolejny wdech i wydech.. Nie mogę. Otworzyłam oczy i usłyszałam pukanie do drzwi. Poprawiłam koszulę nocną i grube, zimowe skarpetki służące za kapcie. Uchyliłam lekko drzwi i zauważyłam mężczyznę. Nie tego, który był przy moim obudzeniu. 
- Kim jesteś i czego chcesz? - zapytałam.
- Michael - westchnął. - Pracowaliśmy przez chwilę razem.. Zakochałem się w tobie i dobrze o tym wiedziałaś.. Ale nie chcę o mnie pogadać, a o kimś, kto jest ważny w twoim życiu - przełknął ślinę. - Mogę wejść?
Uchyliłam bardziej drzwi i gestem ręki zaprosiłam go do środka. Wydawał się taki ciepły w relacjach. Zdziwiłam się, że on nie był dla mnie tym ważnym, skoro mnie kochał. Usiadł na skraju łóżka i czekał tylko aż podejdę. Wiedziałam, bo poklepywał skrawek  łóżka obok. Podeszłam do niego i splotłam ręce na brzuchu. Delikatnie usiadłam nie za blisko, ale na tyle aby go wysłuchać.
- A więc? - zapytałam niepewnie. - O czym chciałeś porozmawiać?
On odruchowo wstał.
- Musisz pocałować Damena Feina..
- Naszego przywódcę? Generała? - spojrzałam ze zdziwieniem.
- Zaufaj mi - złapał mnie za ręce. - Musisz to zrobić...
- Pokaż mi go... Jeśli muszę - byłam strasznie zdziwiona. 
Michael złapał mnie za ręce i wyciągnął z pokoju. Wskazał mi mężczyznę, który był przy moim obudzeniu. Nie miałam pojęcia, że właśnie tak wyglądał nasz generał. Mchael poklepał mnie po ramieniu i przesunął do przodu. Westchnęłam i zaczęłam po cichu iść na balkon. Właśnie w jego kierunku. Stanęłam za nim i dotknęłam jego ramienia najdelikatniej jak potrafiłam. Odwrócił się i spojrzał na mnie z niedowierzaniem. Złapałam jego policzek i nie wiedząc, dlaczego przysunęłam moje wargi do jego. Poczułam mocne i szybsze bicie serca. Tak jakby moje serce znało tego mężczyznę. Przysunęłam usta mocniej i jeszcze mocniej. Dotknął moich pleców i rękami schodził niżej. Schylił się i złapał mnie za nogi. Posadził na murze i szepnął do ucha:
- Kocham Cię, Vellian..
Spojrzałam na niego. Wcale nie wyglądał mi obco. Nie opanowałam się i znów pocałowałam jego usta. Splotłam ręce na jego karku i nogami przyciągnęłam jeszcze bliżej. Trzymał mnie blisko siebie za plecy, nie mogłam spaść. Niestety przerwał nam kobiecy głos.
- Brawo, brawo.. - kobieta zaczęła klaskać. - Już księżniczka sobie przypomniała?
Spojrzałam na nią i odsunęłam się od niego. Nie wiedziałam, co miałabym sobie przypomnieć. Dziewczyna wydawała się bardzo znajoma. Poczułam jak Damen muska moją dłoń. Odwróciłam się w jego stronę i spojrzałam w oczy. Z nich uleciała mi łza.
- Przykro mi.. Nie pamiętam - szepnęłam Damenowi.
On ścisnął moją dłoń i nie wypowiedział żadnego słowa. Uśmiechnął się do mnie i puścił. Po chwili odszedł w stronę tej kobiety.
- Ona wie - powiedział, po czym wszedł do środka.
Kobieta spojrzała na mnie i uśmiechnęła się lekko. Podeszła bliżej.
- Jestem Alice Howard - zaśmiała się. - Ale powinnaś to wiedzieć.. - spojrzała na mnie z przymrużonymi oczami. - Chciałabym ci kogoś pokazać. Ta osoba cierpi przez ciebie...
- Kto to? - zapytałam zdziwiona.
Wyciągnęła do mnie dłoń i chwyciła ją w nieprzyjemny uścisk. Po chwili zaciągnęła mnie za sobą. Szłyśmy przez długi, biały, tapetowany korytarz aż do wijących się, białych, szerokich schodów. Trzeba było uważać na nich, gdyż były śliskie. Zeszłyśmy na parter, jednak to nie był koniec. Ona ciągnęła mnie dalej w dół, do piwnic.
- Gdzie ty mnie zabierasz? - zapytałam szarpiąc się.
- Do lochów, więzienia... - zastanowiła się przez chwile. - Nie ważne, to praktycznie to samo...
- Ale dlaczego?! - zastopowałam ją.
- Żebyś zobaczyła, coś zrobiła!
Ścisnęła moją dłoń bardziej i zaciągnęła na sam dół. Było bardzo zimno. Spoglądałam dookoła mnie. Nie dochodziło praktycznie światło. Ona mnie ciągnęła przez ciemny korytarz aż dotarłyśmy do najbardziej zabezpieczonej "klatki". Zapukała trzy razy i przez okienko wyjrzał on. Poznałam go dokładnie. Przypomniałam sobie każdą sekundę.. Każdą sekundę, kiedy dusił mnie chusteczką nasączoną. Westchnęłam, a z oczu popłynęła mi łza.
- Ty łajdaku! - krzyknęłam.
W napadzie emocji odepchnęłam Alice od siebie i uciekłam stamtąd. Biegnąc przez korytarz słyszałam słowa Alice "Zniszczyłaś życie mi i mojemu dziecku!". Słyszałam też śmiech Ethana.

***

Przez parę dni nic nie jadłam, nawet nie wyszłam za próg mojego pokoju. Moja codzienność opierała się na tym, żeby wstać, umyć się i pójść leżeć dalej. Próbowałam poukładać sobie w głowie różne rzeczy. Jednym z tematów było, dlaczego Damen rozwiódł się z Alice.. Czy powodem było dziecko czy ja? Ale także zachowanie Ethana, o którym nawet bym nie pomyślała. Nikt do tej pory nie wiedział, dlaczego on tak naprawdę to zrobił. Nie wiem, czy chciał skrzywdzić mnie czy bardziej zniszczyć Damena od środka. Nawet druga opcja była bardziej prawdopodobna. Każdy tutaj wiedział, że mamy się ku sobie. Każdy wiedział, że zaślubił się, bo musiał. Na moje szczęście opamiętał się w dobrym momencie, zanim byłoby za późno. Zanim ułożyłabym sobie życie na nowo.. Z kimś innym... Splotłam ręce na moim brzuchu i zamknęłam oczy wsłuchując się w ciszę. Tak właśnie się zastanawiałam, szukając spokoju we własnej duszy. Słyszałam mój ciężki oddech i to mi wystarczyło. Co jakiś czas sięgałam po szklankę wody, by ugasić swoje pragnienie i wracałam do pierwotnego stanu. Nie chciałam, aby ktoś zagłuszał mój spokój... I w dodatku melancholijny nastrój.. Otworzyłam oczy i spojrzałam w ścianę nie myśląc już o niczym, słuchając westchnienia wydobywającego się z moich ust. Jednak to nie mogło trwać wiecznie. Dźwięk stukania do drzwi rozbrzmiał mi w głowie jak dzwon. Zahuczał, zabrzęczał. Nagle ucichł. Spojrzałam w kierunku drzwi i powoli podnosiłam się z łóżka. Włożyłam wygodne kapcie i podeszłam niespiesznie do drzwi. Uchyliłam je lekko.
- Tak? - zapytałam.
- Cześć, to ja.. Nedia..
- Poznałam - uśmiechnęłam się lekko.
- Mogłabym wejść? - zapytała niepewnie.
- Jasne - uchyliłam jej bardziej drzwi. 
Mój wzrok podążał za jej ciężarnym brzuchem aż do łóżka, gdzie ciężko się osunęła. Klapnęła dwa razy na miejsce obok niej. Zamknęłam drzwi i od razu powędrowałam na wyznaczone miejsce.
- Który to miesiąc? 
- Dziewiąty,, Za niedługo rodzę..
- Jak ten czas szybko leci.. Tak niedawno byliśmy razem w drużynie i służyliśmy przeciwko Terrom..
- Tak, pamiętam. Dowodził nami Kaspar..
- Twoja wielka miłość.. - ścisnęłam jej kolano.
- I nigdy się to nie zmieni - zapewniła.. - A co do Kaspara.. 
- Tak?
- Wiem, kto mógł go zabić...

wtorek, 16 stycznia 2018

II.XXI

W rezydencji od razu Bethanie zaprowadziła mnie do gabinetu i wyciągnęła apteczkę oraz igłę z nitką. Polała mi ranę alkoholem i pensetą zaczęła wyciągać mi nabój z brzucha.
- Nie ruszaj się teraz, generale, bo mogę cię podrażnić - oznajmiła.
- Chciałbym ją zobaczyć...
- Rozumiem to, ale proszę cię abyś skupił się na ranie.
Wyciągnęła mi delikatnie kulkę, znowu przetarła ranę i zdezynfekowała igłę. Po chwili wbiła mi delikatnie igłę w skórę i przeciągnęła przez ranę. Te pociągnięcia zrobiła pare razy, bardzo delikatnie.
- Dlaczego unieważniliście ślub? - zapytała niepewnie.
- Zdradzała mnie.. to przede wszystkim. Jak się później okazało, zrobiła to z Ethanem i dziecko jest jego. Poza tym nie mogłem więcej się dręczyć przy niej. Musiałem się powstrzymywać przy Vellian, chociaż nie dawałem rady.
Skinęła głową i opatrzyła mi ranę do końca. Odeszła ode mnie i wszystkie przyrządy schowała do teczki. Zapiąłem koszulę i wyszedłem z gabinetu. Alice stała przed nim i tylko patrzyła na mnie z iskrami w oczach. Miałem się przejąć tym, co uknuła przeciwko mnie? Nie obchodziło mnie już to, że Ethan oszukał i ją. Spuściłem z niej wzrok i zszedłem do celi. Minąłem grube, zimne mury. Schodziłem schodami w głąb podziemia, aby dostać się do niego. Jedyne, co chciałem zrobić to egzekucja na nim. Byłbym wtedy jak mój ojciec. Niestety niedaleko padał jabłko od jabłoni. Miałem część okrucieństwa w sobie. Każdy zapomniał dotąd jak było w Labie, kiedy tutaj żyje się wspaniale. Większość uważa naszą walkę za wygraną, ale ile tak naprawdę ludzi musiało zostać zabitych, ile psychik złamanych aby dojść do tego wszystkiego. Każda minuta co prawda oddala nas od myśli o tym, co było kiedyś. Co zdarzyło się za rządów Terry. Kiedy jeszcze byłem z Violet. Teraz nikt o tym nie myśli, ale dla mnie to jest dalej cios prosto w plecy. Podwinąłem rękawy, aby ich nie pobrudzić i wszedłem od razu do celi, gdzie był on. Spojrzał na mnie i wydał z siebie przeraźliwy śmiech. Schyliłem się do jego poziomu i podniosłem brodę, aby spojrzał mi prosto w oczy.
- Wiedziałem, że jesteś dokładnie jak Fabian - oznajmił śmiejąc się.
Puściłem mu twarz i odsunąłem się od niego. Splotłem ręce, aby się przeciągnąć i przygotować je do pracy. Nie czułem nawet potrzeby oszczędzania go, nie czułem nic. Podszedłem znowu, tym razem wymierzając cios prosto w policzek. Po chwili zawołałem służącą, aby podała mi narzędzia. Przyuważyłem złoty kastet należący kiedyś do mego ojca i założyłem go na ręce. Delikatnie, gładko wsunęły się na palce, niczym zrobiona na zamówienie. Podszedłem jeszcze raz i wymierzyłem cios z drugiej strony.
- Nic ci to nie da! - krzyknął plując krwią na moje buty.
Schyliłem się i podniosłem znów jego głowę.
- Wstrzyknąłem jej płyn, który wymarzę jej z pamięci wszystko, kim była - zaśmiał się.
- Chyba, że jest odporna - oznajmiłem.
- Wątpię w to!
- Jest wybraną, Ethanie - uśmiechnąłem się delikatnie i szarpnąłem jego głową.
Wstałem i bez chwili zawahania wydałem cios prosto z buta w jego twarz. Padł na nią, a z jego nozdrzy zaczęła wydobywać się krew.
- Skujcie go - oznajmiłem. - Jutro znów się pojawię.
Wyszedłem z celi zostawiając kastet i inne narzędzia służącej. Powoli zacząłem wchodzić po schodach, przy okazji rozmyślając o tym, co powiedział Ethan. Gdyby naprawdę zapomniała wszystkiego, mógłbym zacząć od nowa. Od nowa ze wszystkim i nie popełnić drugi raz tego samego błędu. Vellian mogłaby odzyskać życie, nowe życie. Wszedłem na górę i poczułem ręce splecione na moim karku. W moich uszach przewijał się szept kobiecych ust, które prosiły, abym oszczędził Ethana. Nie było nawet takiej opcji. Nie za to, że sprzeciwił się mnie i całemu prawu, jako żołnierz. Odsunąłem ją od siebie.  Wiedziałem doskonale, że to Alice. Nim zdążyłem wejść na pierwszy schodek, zaczęła krzyczeć jak opętana.
- Zabierzcie ją stąd - skinąłem palcem na nią do straży.
Zrobiłem pierwszy ruch i udałem się do pokoju, gdzie się znajdowała Vellian. Delikatnie uchyliłem drzwi i spojrzałem na nią. Wyglądała pięknie. Ręce miała splecione na brzuchu, obojczyki odsunięte i wyeksponowane. Włosy opadały jej na poduszkę, a ona wyglądała na spokojną. Zamknięte oczy, delikatnie różowa skóra. Cała blada.. Jakby miała umrzeć. Dotknąłem jej policzka, a ona otworzyła oczy. Pierwsze, o co zapytała:
- Gdzie ja jestem?
Patrzyła na mnie jak na nieznajomego.

sobota, 23 grudnia 2017

II.XX

Prawie byliśmy na miejscu. Wioska była bardzo opustoszała, co zdziwiło mnie osobiście. Przecież nie było żadnych skarg dotyczących jakiś wojen na tych terenach. Tylko obawy Ethana dotyczące jego rodziny, które tak naprawdę były bezpodstawne. Może jednak Ethan wiedział, że coś jest nie tak? Że była wojna czy cokolwiek. Tylko dlaczego nie powiedziałby o tym generałowi? Był na pewno zazdrosny. Generał Fein był dla wszystkich wielkim przykładem. Starał się być jako przywódca. Był wielkim przykładem dla mnie.
Wysiadłam z samochodu i pierwsze co, to zaczęłam rozglądać się po miejscach wyznaczonych przez generała. Nie minęło dużo czasu, a Ethan zniknął. Nie rozumiałam o co mogło mu chodzić, ale odszedł ode mnie. Może wgłąb miasta w poszukiwaniu rodziny, albo chciał mnie wystraszyć. Nie miałam wcale pojęcia. Po prostu go nie było. Dlatego zaczęłam go szukać.
- Ethan!!!
Krzyczałam z całych sił. Przebiegłam całą wioskę, ale go nie było. Zestresowana zadzwoniłam do generała Feina.
- Halo?
- Słucham? Czy coś się stało, Vellian? - zapytał.
- Generale... - zawahałam się przez chwilę. - Nie wiem gdzie jest Ethan!
- Jak to?
- Nie mam pojęcia. Zaczęłam przeszukiwać wszystkie zakamarki.. Ale jego nie było!
- Uspokój się, Vellian.. Zaczekaj, przyślę do was pomoc.
- Dziękuje, generale...
Rozłączyłam się i podeszłam pod samochód. Poczułam jak ktoś zachodzi mnie od tyłu i przykłada mi coś do ust. Jedyne, co pamiętam to czarno przed oczami.

*perspektywa generała Feina*

Po paru godzinach dostałem raport, że nie ma ani samochodu ani osób w wiosce. Zacząłem wydzwaniać za Vellian w obawie, że coś mogło się stać. Chodziłem w koło mojego gabinetu czekając na jakikolwiek odzew, którego nie było. Alice zapukała do drzwi i weszła do mnie. Też się przeraziła. Spojrzała na mnie.
- Ja wiem, że nigdy nie będziesz mnie kochać... Ale dlaczego ona? - zapytała mnie.
Stanąłem w miejscu i odwróciłem się do niej.
- Myślę, że to nie jest czas i miejsce na takie rozmowy.
- Damenie, ale chcę wiedzieć...
Podszedłem do niej.
- A wiesz, czego ja chce?!
- Tak, Damen?
- Chce dowiedzieć się z kim się pieprzyłaś i od razu chce rozwodu!
Alice nie była zadowolona z moich słów.
- Chcesz rozwodu? - zapytała. - To chodź teraz do notariusza.
Otworzyłem jej drzwi bez chwili zastanowienia i poszedłem do samochodu. Od razu pojechaliśmy załatwić sprawę. Na miejscu kłóciliśmy się, ale to nie miało jakiegokolwiek znaczenia. Dalej moje myśli pochłaniała Vellian i to, co mogło się jej stać. Przesiedziałem godzinę podpisując deklaracje i różne ugody. Wyszło na jej winę, gdyż to ona mnie zdradziła. Jako pierwsza.. Gdy wyszliśmy z urzędu spadł mi kamień z serca. Mogłem normalnie zdjąć obrączkę i wyrzucić ją do śmieci. Odwróciłem się w stronę Alice. 
- Chcesz poznać prawdę? - zapytała.
- Tak, chcę.
- Ethan jest moim narzeczonym.. 
Nic nie odpowiedziałem na to. Czekałem na dalsze wyjaśnienia.
- To jest jego dziecko.. Niestety podobno zakochał się w Vellian i chciał mieć ją tylko dla siebie.. Sądzę, że oszukał i mnie i ciebie. Nie przyszedł tu po to, aby tobie służyć. On cię nienawidzi. Ale chyba i mnie chciał oszukać. I to zrobił. 
- Wiesz, gdzie on może być? - zapytałem pełen spokoju.
- Nie...
Skinąłem głową i zaprosiłem ją do samochodu. Wróciliśmy na miejsce i powiedziałem każdemu z żołnierzy, aby pomógł mi szukać Vellian.
Bethanie podeszła do mnie i najpierw spojrzała na rękę.
- Generale, ty nie masz pierścionka.. - powiedziała.
- Tak, rozwiodłem się z Alice - oznajmiłem.
- Tak czy inaczej ja również chcę pomóc w znalezieniu jej..
Skinąłem głową. 
Z jedną czwartą armii pojechaliśmy w okolice wioski. Szukaliśmy jakichkolwiek śladów. Biegłem przez całą wioskę aż do pobliskich lasów i na moje szczęście zauważyłem takiego jeepa, którego im dałem. Biegłem dalej, ale usłyszałem strzał. Odwróciłem się w tą stronę, ale nabój dosięgnął mojego brzucha. Nie pozwoliłem,aby to mnie powstrzymało. Pierwsze co jak zauważyłem Ethana to strzeliłem mu w kolano. Podbiegłem i uderzyłem go w twarz raz, drugi, trzeci. On ponowił mój strzał. Myślałem, że go zabiję, ale paru żołnierzy przybiegło słysząc strzały. Xenvick podbiegł do nas i rozdzielił nas.
- Zabierzcie go - wskazał na Ethana. - Sprawdźcie, co się z nią dzieje i ją też zawieźcie.. 
Klepnął mnie parę razy w ramie.
- Otrząśnij się, Damen! Mógł cię zabić.
- Też tego chciałem!! Żeby cierpiał za to, co jej zrobił..
- Nic jeszcze nie wiesz.
- Ale widzę, że jest nieprzytomna..
- Damen, wróćmy i odpocznij.
Xenvick podniósł mnie i zaprowadził do samochodu. Od razu ruszyliśmy do rezydencji.

sobota, 16 grudnia 2017

II.XIX

Odbywało się zebranie armii. Ubrałam się w mundur i zbiegłam szybko na salę. Generał stał obok na baczność. Generał Xenvick odprawiał musztrę. Wstąpiłam do szeregu, ale generał Fein od razu mnie zawołał. Podeszłam do niego, a on do razu wziął mnie na bok.
- Chciałbym, abyś razem z Ethanem pojechała w jedno miejsce - powiedział.
- Z Ethanem?
- Tak. Chodzi o pewną wioskę, w której się wychował. Nie ufam mu, więc chcę, aby z tobą pojechał.
- A jeśli on mi coś zrobi? - zapytałam go, chociaż nie chciałam znać odpowiedzi.
- Zabiję go - odpowiedział pełen powagi.
Tego się po nim nie spodziewałam. Mógłby dla mnie naprawdę zrobić takie rzeczy? Wątpiłam po tym wszystkim, że mógłby cokolwiek dla mnie zrobić, ale myliłam się. To, co zrobiłam podczas balu nie zmieniło jego zdania. On dalej stał murem za mną. Cieszyło mnie to, bo jednak miałam w nim jakiekolwiek wsparcie.
- Kiedy mamy jechać? - zapytałam.
On odszedł ode mnie i chrząknął.
- Za dwie godziny.
Patrzyłam jak odchodzi i zamyka z gracją drzwi. Bolało mnie przebywanie z nim, ale jednak go kochałam. Mimo iż to jest złe. Chwilę później wróciłam do szeregu i słuchałam generała Xenvicka. Musztra potrwała dobrą godzinę. Spięłam włosy w kok i poszłam do jadalni. Wzięłam kanapki i usiadłam na wprost Damena. On patrzył się na mnie upijając łyk soku. Wzięłam gryza kanapki i spojrzałam również na niego. Nie wiem, co mogłam czuć. Właśnie się dowiedziałam, że znał mnie całe życie. Uczucia uderzały we mnie jak pięść. Nie wiesz kiedy, ale jeśli uderzy to zaboli. Patrzyłam dalej na niego i jadłam kanapkę do końca. Zostało mi mało czasu, bo zaraz miałam jechać z Ethanem.
Cedrick przeszedł obok mojego stolika i usiadł obok generała. Dlaczego on? Nienawidziłam go z całego serca. Nie chciałam mieć z nim nic wspólnego a jednak zawsze musiał zahaczyć o moje oko. Wstałam od stołu i wzięłam talerz. Patrząc w stronę generała w pewnym momencie weszłam w kogoś. Upuściłam talerz, który się stłukł. To był Ethan. Spojrzał na mnie trzymając za ramiona.
- Dobrze się czujesz? - zapytał.
Patrzyłam prosto w jego oczy i zauważyłam coś znajomego w nich. Nie wiedziałam co, ale miałam wrażenie, jakbym go gdzieś widziała. Nie mogłam przestać patrzeć. Jego oczy ani on nie sprawiały na mniej jakiegokolwiek wrażenia... tylko ta znajomość. Najłatwiej poznać człowieka po oczach. Więc może gdzieś go w swoim życiu napotkałam...
- Vellian?
Odsunęłam się od niego. Po moim wyrazie twarzy widać było dezorientację. Nie dziwie się wcale.
- Jest okej..
- Ale na pewno? - złapał mnie jeszcze raz.
Czułam się dziwnie. Spojrzałam w stronę generała, który dojadał śniadanie. Po chwili wstał, odniósł talerz i podszedł do nas. Uwinął się strasznie szybko.
Złapał mój wzrok i rozdzielił mnie i Ethana.
- Gotowi? - zapytał nas obojga.
- Tak, ja jestem gotowy - odpowiedział Ethan. - A ty, skarbie? - uśmiechnął się do mnie.
Nie podobało mi się to, jak się wyrażał.
- Ja jestem gotowa, generale. Mogę już jechać...
- Za mną - odpowiedział generał.
Oboje z Ethanem poszliśmy za nim do zbrojowni. Podał nam wszystkie potrzebne rzeczy i wytłumaczył po kolei, co powinniśmy sprawdzić. Ethan nie był zadowolony z tego, że Damen nim rządził. Jednak to było jego dziedzictwo i to on stał się władcą.
Nie minęło dwie godziny, a ruszyliśmy razem z Ethanem do jego wioski.