- Jesteś pewna? - zapytał raz jeszcze z zaniepokojeniem. Ale to nie miało znaczenia, bo chciałam być z nim. Tej nocy, następnej i każdego ranka. Cały czas. Złapałam go za rękę i pociągnęłam na drugą stronę drzwi. Nie zastanawiając się ani minuty, sięgnęłam jego ust i wtuliłam się w niego, jak jeszcze w nikogo innego. Chciałam, żeby ta chwila trwała jak najdłużej. Odsunęłam się od niego łapiąc go za rękę i ciągnąc ku łóżku. Spojrzałam na niego pewnym wzrokiem i pocałowałam go jeszcze raz. Położyliśmy się obok siebie otulając nasze ciała pierzem. Uśmiechnęłam się i zamknęłam oczy ciesząc się, że Damen rozumie, że nie chcę się spieszyć. Utulił mnie swoimi wielkimi ramionami i odpłynęłam w błogi sen.
Obudził nas paniczny krzyk ludzi i smród dostający się do mojego pokoju. Zrobiło się niepokojąco gorąco.
- Rezydencja się pali! - krzyczeli.
Zdezorientowani zbiegliśmy na dół i Damen wszczął alarm. Każdy kierował się ku wyjściom, a paru ochotników zebrało się, aby rezydencje ratować. Zebrałam również ochotników, którzy eskortowali przerażonych ludzi i dzieci. Jednak w rezydencji żyło naprawdę dużo osób, które ciężej dało się ogarnąć. Wyszłam na zewnątrz i patrzyłam, jak przyszłe dziedzictwo płonie. Po wojnie z wiosek nie zostało prawie nic, a rezydencja była jedynym źródłem schronienia w tamtych rejonach. Nie wiedzieliśmy, co kryje się na południu kraju, daleko od plemion, daleko od znanych nam kolonii. Nie wyobrażaliśmy sobie, że musielibyśmy zrezygnować z tego miejsca.
Ogień się rozprzestrzeniał coraz bardziej, wił się do góry niczym kobra, która czeka na swoją ofiarę. Lada moment budynek mógł runąć, a mężczyźni nieudolnie próbowali go ocalić. Nie mieliśmy dostatecznej ilości wody, aby czymkolwiek manewrować, ani rąk do pracy. Niektóre kobiety latały do rzeki z wiadrami, aby pomóc reszcie. Zorganizowaliśmy sznur, którym przenosiliśmy większe ilości wody tylko po to, aby ocalić chociaż część rezydencji. Jednak ogień dalej się tlił i nie przestawał chociaż na moment obejmować reszty budynku.
Wszystkie nasze plany i marzenia płonęły i wiedzieliśmy, że nie zdołamy nic z tym zrobić. Próbowaliśmy jeszcze, na marne, gasić pożar.
***
Po paru godzinach mogliśmy patrzeć na zwęgloną konstrukcje naszego domu. Każdy był zrozpaczony i nic nie mogliśmy z tym zrobić, byliśmy bezradni. Spojrzałam wgłąb lasu i zobaczyłam tam dziewczynę. Zaniepokoiła mnie jej obecność, więc wzięłam kawałek sznura i pobiegłam w jej stronę. Zgubiłam się po paru chwilach w lesie.
I w jednej chwili usłyszałam łamiące się gałęzie.
Ktoś stał tuż za mną.
Ona.
Odwróciłam się spokojnie, podnosząc moje ręce do góry. Dziewczyna mierzyła do mnie z karabinu. Na pierwszy rzut oka wiedziała, co robić. Chociaż nie wyglądała na osobę przynależącą do jakichkolwiek sił zbrojnych.
Starałam się uspokoić oddech, patrząc prosto w jej oczy, które przeszywały mnie swoją zielenią. Ten kolor wyglądał nienaturalnie przy praktycznie kruczo czarnych włosach, opadających bezwładnie na jej ramiona.
- Kim jesteś? - zapytałam cicho.
Spojrzała na mnie spuszczając powolnie broń.
- A ty?
- Nazywam się Vellian - przełknęłam ślinę. - Vellian Hawke.
Pokręciła głową, opuszczając broń do końca.
- Ty nie możesz być nią.....
Opuściłam ręce i zmieszana podeszłam do niej bliżej. Zauważyłam coś w postaci znamienia na jej ramieniu. Dałabym sobie głowę uciąć, że widziałam gdzieś ten znak.
W listach.
Wykorzystałam chwilę nieuwagi i powaliłam ją na ziemię, rozbrajając ją. Przycisnęłam butem i wymierzyłam karabinem w głowę.
- Kim ty jesteś? - krzyknęłam donośnym głosem.
- To ja jestem Vellian Hawke.. Jedna z dwóch spadkobierczyń tego nazwiska ...
Odsunęłam się najszybciej jak mogłam.
- To nie może być prawda.
- Jeśli twierdzisz, że ty nosisz to imię - wstała, otrzepując się z piachu. - To najwidoczniej ciebie szukałam, siostro..
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz