poniedziałek, 23 stycznia 2017

I.XXI

Rozglądałam się dookoła i próbowałam przypomnieć sobie pokój Bethanie, który wyglądał zupełnie inaczej niż to, co zobaczyłam teraz. Ten pokój odzwierciedlał zupełnie inną osobę, niż moja przyjaciółka. Oglądałam ten pokój z zachwytem - przypominał bardzo mój pokój. Beth patrzyła na mnie śmiejąc się. Nie mogła pojąć jakie szczęście może dać durny szczegół. Miałam do niej mnóstwo pytań, a jednym z nich było dlaczego ona jest w kolonii szóstej. Patrzyłam na nią co chwilę próbując poukładać swoje pytanie i myśli w jedno. Bałam się, że zaraz zacznę pierdzielić bzdury i nic się nie dowiem. Ona przybliżyła się do mnie i uśmiechnęła.
- Jesteś bardzo odważna - powiedziała. Faktycznie byłam. Nie znałam jeszcze żadnej dziewczyny, która z własnej woli poddała się organizacji, która jej szukała dla uniewinnienia jakiegoś mężczyzny. Takie sceny tylko w filmach - nie w moim życiu. - Wiedziałam, że coś jest w tobie niezwykłego.. - dokończyła.
Speszyłam się. Zupełnie odjęło mi mowę. Spojrzałam na nią.
- Skąd się tutaj wzięłaś?
Ona wstała i przeszła się po pokoju. Próbowała sklecić swoją historię. Później ponownie usiadła obok mnie. Ujęła moje dłonie i zaczęła opowiadać.
*perspektywa generała Feina*
Siedziałem razem z Violet i Alexandrem w sali narad. Rozmawialiśmy głównie na tematy związane z rebelią panny Hawke, co mnie zaczynało nudzić. Po chwili jednak padło pytanie, dlaczego znowu pojechała do medyka. Każdy zwrócił głowy w moją stronę, bo tylko ja znałem przyczynę. Nie mogłem powiedzieć prawdy, musiałem dla Vellian złamać moje przyrzeczenie. Myślę, że ona też zrobiła to dla mnie. Oboje zaczynaliśmy się kryć, praktycznie współpracować ze sobą. Chociaż nienawidziliśmy się, a raczej sądziliśmy, że się nienawidzimy, współpracowaliśmy. Ja miałem przy tym dużo problemów i pracy - ciągle ją zniechęcam do siebie. Nie zwracałem uwagi na Lab ani na to, co się dzieje wokół mnie. Kiedy wstrzyknąłem jej swoją krew miałem nadzieję, że ona przeżyje to normalnie. Jednak przez dwa dni miałem zszargane nerwy faktem, że ona umarła. Umarła, ale się odrodziła i to jedną z wybranych. Spojrzałem na nich wszystkich.
- Upadła będąc u mnie w pokoju - odpowiedziałem i zaczęła się dalsza dyskusja.
Alexander widział, że moje myśli wędrują daleko aż do tej dziewczyny. Cały czas się zastanawiałem, czy ona podoła swojemu zadaniu. Czy może doktor Howard i jej siostra nauczą ją opanowywać swoje instynkty, których jeszcze nie wyzwoliła tak znacznie. Wiedziałem, że gdy Vellian posiądzie wiedzę o nas to stanie się inną osobą - właśnie SOBĄ. Słuchałem jednym uchem tego całego grona. Nie mogłem jednak znieść Cedricka, który próbował mnie obalić. Po tym jak Hawke poddała się wszystko wróciło do normy, a Lab przestał się interesować moją relacją z dziewczyną. Oprócz Violet oczywiście. 
Alexander przysunął się do mnie i szturchnął.
- Oni widzą, że jesteś myślami gdzie indziej - pokazał na członków zarządu. 
Wzruszyłem ramionami i nasłuchiwałem pomysłu Labu. Chcieli otruć resztę i zobaczyć, kto przetrwa. Musiałem im w tym przeszkodzić, bo wtedy mój plan by się nie powiódł. Uśmiechnąłem się do Violet - zacząłem grać. Ona przysunęła się od razu i wpatrywała się we mnie.
- Po co to wszystko? - zapytałem jej. - Wolałbym, aby się jeszcze trochę pomęczyli. 
Violet uśmiechnęła się i odwróciła do innych. 
- Mam świetny pomysł! - krzyknęła i zaczęła opowiadać.
Wiedziałem, że jeden uśmiech i dobre nakierowanie Violet przyniesie pozytywne dla mnie skutki. Była taka łatwa. Wiem, że dalej coś do mnie czuła i próbowała się przypodobać najlepiej jak mogła. Nie wiedziała, że niestety to nie robi na mnie wrażenia. 
Po skończonych obradach razem z Alexandrem poszliśmy wyprostować nogi, czyli codzienny obchód szóstki. Tęskniłem za tym - dziedzic szóstki... Ehh.. Westchnąłem. Bycie kimś więcej, ważniejszym osobnikiem w hierarchii, dobijało mnie całkowicie. Przebiegliśmy się po domach i lasach, nic złego nie widzieliśmy. Wróciliśmy parę godzin później, akurat na kolację. 
Posiedzieliśmy jeszcze trochę rozmawiając z Alexandrem na temat obalenia Labu i wyciągnięcia wszystkich wybranych. On również był jednym z nas i dlatego w pełni podzielał moje zdanie. Późnym wieczorem poszliśmy spać.
***
9 lipca 2344r 

Kolejny dzień obrad Labowskich. Coraz mniej mnie interesowały, jednak zyskiwałem dalej na czasie. Na szczęście nie rozmawialiśmy już o pannie Hawke tak często, jej temat zanikał. Mogła spokojnie odejść, a ja mogłem zająć się resztą. Dzisiejsze obrady bardzo szybko się skończyły - zakończył je wielki huk nadchodzący z pobliża więzienia. Wybiegliśmy wszyscy z pomieszczenia w tamtą stronę. Wtedy zauważyłem ją - Vellian próbowała odbić innych. Każdy spojrzał na mnie, co zrobię. Wyciągnąłem pistolet, bo wiem czego oni pragnęli i pobiegłem za nią. 
Szarpnąłem ją za ramie i przybliżyłem pistolet do jej czoła. Ona spojrzała na mnie wrogo.
- Chcesz mnie teraz zabić? 
Przełknąłem ślinę, bo nie wiedziałem co mam jej odpowiedzieć. Wystarczyło parę tygodni, aby ją zmienić. 
- Wybierz, po której stronie chcesz być generale - strzeliła mnie w brzuch i wybiegła. Patrzyłem jak odchodzi wykrwawiając się. Violet podbiegła do mnie i starała się zatamować krew. Ja patrzyłem dalej na nią. W pewnym momencie odwróciła się i spojrzała na mnie z wściekłością ale też wyrzutami sumienia. Po chwili jednak pobiegła do reszty. Kazałem się odsunąć Violet i wstałem. Sam poszedłem zaopatrzyć ranę. 
***
Następnego ranka pojechałem wraz z Xenvickiem do doktor Howard. U progu powitała mnie z wielkim zdziwieniem. Zaprosiła nas do środka i zaparzyła herbaty.
- Co sprowadza dziedzica i generała do mnie? - zapytała.
Podniosłem koszulkę i pokazałem ranę. Ona przeraziła się.
- Kto ci to zrobił, dziedzicu? - zapytała.
- Dziedzicu?! - powtórzyła Vellian.
Przyszła wraz z jej przyjaciółką zupełnie się nas nie spodziewając. Spojrzałem na nią, po chwili spojrzałem na Alice. 
- Zaopatrzę to i będzie po sprawie - uśmiechnęła się Alice. 
Odwzajemniłem uśmiech i czekałem, aż zajmie się raną. Po paru minutach rana była zaopatrzona, a ja wstałem. Razem z Xenvickiem ruszyłem do wyjścia. Zatrzymałem się jednak na chwilę i odwróciłem w stronę Vellian. 
- Ładnego zabójcę doktor wyhodowała - parsknąłem. - Potrafiłaby zabić nawet swojego - po czym wyszedłem.

1 komentarz:

  1. Anonimowy23.1.17

    no nie znowu vellian i damen chcą sie pozabijać

    OdpowiedzUsuń